A MOŻE DOKŁADKĘ?

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieprze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pieprze. Pokaż wszystkie posty

Chyba nie powinienem tego robić. Ale już za późno. Gdyby ktoś zastanawiał się nad tym, jakie dania "gotowałem", zanim zaczęło to rzeczywiście jakoś w miarę przyzwoicie wyglądać i smakować...

Zgodnie z zapowiedzią przy 10 najlepszych zdjęciach, które zrobiłem, oto kilka naprawdę żenujących ujęć.

1.  Na sam początek największy błąd, jaki popełnia się na początku, to tragiczne obróbki graficzne. Nie róbcie tego. Nigdy.

 

2.  Pamiętam, że wtedy kurczaka zamarynowałem w... vegecie. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo jest słona. I jeszcze ta rzodkiewka.

3. Ja nie wiem, cóż to miało przedstawiać. Ale zwykłem ludziom mi życzliwym pozostawiać pole do interpretacji.

4. Panierowana mozzarella z ziemniakami i pomidorami.

5. Piękne kanapeczki i zakrwawiona paróweczka.DOLICIOUS!

 6. Przed państwem... żurek. A właściwie kiełbasiano-warzywny bełt.

7. Nie pamiętam co to. Ale wygląda okropnie.

8. Zdjęcia na parapecie zawsze w cenie.

 9. I nawet kaloryfer się załapał.

 10. A historii tego zdjęcia i tak nie ogarniesz. Ale to mój pierwszy obiad na studiach!

Mam nadzieję, że bawiliście się doskonale.


Połową sukcesu bloga kulinarnego są zdjęcia. Takie, żeby pobudzały ślinianki u każdego internauty. Ponieważ przez lata uzbierało się sporo fotek, postanowiłem wybrać 10 najlepszych. Następnym razem opublikuję 10 najgorszych. Żeby nie było, że się tylko przechwalam.

1. To chyba jedno z moich pierwszych zdjęć, które tak naprawdę mnie się spodobało. Choć po kilku latach inaczej bym wykadrował. I nie użył żółtego sera do wypełnienia papryk. Oprócz tego, że jest po prostu dobre, darze to zdjęcie sentymentem.
 

2.  Czasami nie potrzeba wiele, by zrobić przepiękną fotografię. Przepołowione awokado. I to nawet nierównomiernie może zachwycić. Naturalne, piękne zdjęcie, które pokazuje, że nie trzeba stylizować wszystkiego dookoła, żeby pokazać genialny kadr.

3. To zdjęcie lubię, bo ma po prostu dobrze połączone kolory. Przypieczony boczek i pieczywo. Skórka z cytryny dobrze współgra z żółtkiem. I zielone awokado ze szczypiorem.
 

4. Zwykła kanapka z pokrojonym krzywo pieczywem i rzuconymi ziołami. Wszystko krzywe i całkiem przypadkowe.
 

5. Lubię, bo kojarzy mnie się z latem i mnóstwem dobroci na targach. Choć uważam, że przesadziłem z kolorytem.
 

 6. Burdel na patelni też dobrze wygląda. Oto doskonałe potwierdzenie.

7. Tu trochę zaszalałem, bo położyłem obok pieczywo. I miało wyglądać super. Chociaż uważam, że najwięcej roboty robi tutaj nierównomierna struktura pasty z dyni.

8. Rzadko udaje mnie się zrobić dobre zdjęcie zupy. Jeszcze nie wiem dlaczego. To uważam za całkiem spoko ze względu na kolory. Wszystko tutaj gra. Po prostu.

9. Mój absolutny faworyt. Fotka dobrze pokazuje strukturę tego, co jest na talerzu.
 

10. A to najbardziej pozytywne zdjęcie, jakie zrobiłem do tej pory. Kojarzy mnie się z pięknym słońcem na błękitnym niebie. Poza tym omlet to rzecz genialna.

Macie swojego faworyta?

Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że gastronomia to ciężki kawałek chleba. Nie miałem też okazji nigdy pracować w tej dziedzinie. I szczęście od Boga. Bo już teraz pewnie byłbym dwumetrowym grubasem w fartuchu. W wielkim skrócie postanowiłem wyjaśnić, dlaczego nie zostałem kucharzem, ani nie myślałem o swojej restauracji.

W życiu bywa tak, że młody człowiek staje przed wielkim wyborem. Do dziś uważam, że zdecydowanie za wcześnie. Bo wieku 19 lat zdajesz maturę (a przynajmniej zdecydowana większość)  i wybierasz kierunek studiów z wielkimi pokładami nadziei, że to właśnie uczelnia wyższa ukształtuje cię zawodowo i po jej ukończeniu rynek pracy przywita cię z otwartymi rękami...

Ja, jeszcze wtedy, chciałem być nauczycielem języka niemieckiego. Tak. Dobrze czytacie. Chciałem być nauczycielem języka niemieckiego i… poszedłem na germanistykę. To wciąż nie jest żart. Jakie to były nudne studia i jaki straszny okres w moim życiu. Chwytając się brzytwy, szybko uciekłem i wylądowałem na politologii. Tam było już ciekawiej. A na pewno śmieszniej. Pod każdym względem. Po 3 latach wybrałem się na dziennikarstwo. W tzw. międzyczasie pracowałem jako dziennikarz lokalny, internatowy aż w końcu postawiłem na social media. I tak trwa to do dzisiaj. O rentę przez wszystkie perturbacje, które muszę przechodzić, złożę wniosek do Facebooka i innych wynalazków internetu.

Do rzeczy. Bo popłynąłem.  O tym, że lubię gotować dowiedziałem się na studiach, ale… zawsze uważałem, że w życiu trzeba rozdzielić pasję od pracy, ewentualnie połączyć te dwie rzeczy. Ale przenigdy w życiu nie stawiać wszystkiego na jedną kartę.

Bokiem wychodzą mi wszystkie hasła "love my job" i deklaracje, że praca jest twoją miłością czy tam pasją. Owszem. Do czasu. Aż nie wpadniesz w rutynę, o ile nie paranoję. Nie znam N I K O G O, kto by po czasie nie narzekał na pracę. No chyba, że mówimy o jakiś próżnych deklaracjach w mediach społecznościowych lub telewizji... Dlatego np. jako tancerz, nigdy nie otworzyłem i nie otworzę szkoły tańca, ani nie zostanę zawodowym tancerzem. Bo nie chcę tym wymiotować  Wolę traktować to jako przyjemność i pewnego rodzaju odskocznię od tego, z czym mierzę się przez większość swojego czasu. 

Finalizując. Lubię gotować i nie zamierzam tego zmieniać. Kocham tańczyć. I niech tak pozostanie. A na śniadanie, obiad lub kolację zapraszam w me cztery kąty.